
Minolta 9000 jedna z pierwszych lustrzanek bagnetu A wypuszczonych przez minoltę w 1985 roku razem z modelami 7000 i 5000. Seria 9 jak to w minolcie (później również w sony) skierowana była do profesjonalistów. Aparat wyposażono tak jak model 7000 w system auto focus, ale w przeciwieństwie do niego zastosowano migawkę do 1/4000, a także dopinany napęd imponujących rozmiarów do którego wchodzi 12 paluszków rozmiaru AA 🙂 no ale czego się nie robi dla 5 kl/sekundę.
Sam aparat to lata 80tę pełną gębą, jest plastikowy, jest czarny dodatkowo ma też dźwignię naciągu, która żeby było zabawnie pracuje tak badziewnie jak się tylko da. Idealny aparat.

Nasz ideał ma jednak kilka wad i dotyczy to każdej jednej sztuki. Pierwszą widzicie powyżej, czyli legendarny wylewający się wyświetlacz. Podobno widziano kiedyś, na jakimś portalu aukcyjnym, taką z niewylanym…
Podobno 😀
Jak by ktoś był ciekawy jak to wygląda, a no tak.


Drugi z problemów jest gorszy, dotyka każdej jednej. Do tego jest wredny bo psuje zdjęcia mianowicie tak zwana „Sticky Shutter”
Zaczyna się niewinnie, na migawce pojawiają się smugi. Z czasem jest ich coraz więcej aż migawka przestaje trzymać czasy. Z wywołanej rolki mamy jakieś 3-4 klatki i to pod warunkiem że było ciepło, bo jak jest zimno to betonuje dziada bardziej.

Pojawia się pytanie czym jest ten smar. Bo przecież migawki się nie smaruje, chyba ze mamy ruski aparat i smalec 😉

Copal w całej okazałości.

Na dole pod napisami widać już naszego winowajcę, a raczej trzech.

Otóż są nimi trzy niewinne amortyzatory kurtyn. Wykonano je z gumy lub czegoś w tym stylu.

Po latach zrobią się one lepkie, a wypływająca z nich wydzielina załatwia nam migawkę.

Ogólnie te mankamenty tyczą się każdej jednej sztuki.
